wtorek, 16 września 2008

Tramwajem nr.11 w drodze do nikąd.

Jarzeniowe światła. Mechaniczne ruchy i dźwięki. Ludzie, za dużo ludzi. Oni mają oczy. Mój wzrok przytulony do podłogi. Pragnę być niewidzialna. Za szybą ciemne, brudne ulice skąpane w deszczu. Na każdym przystanku jedno mrugniecie w ich stronę. Nic więcej nie można dla nich zrobić. Nikt nie wie czy ten pojazd mruga, a może to konwulsje, bulimia. Pożera ludzi i wymiotuje. Połyka i wypluwa. Oni i tak tego nie zauważają. Jak z resztą mało co podczas szalonego wyścigu, w jakim biorą udział. Nie ma energii. Są tylko mechaniczne ruchy i mechaniczne twarze odlane ze stali, niekształtne, bez dźwigni uśmiechu. Spoczywa na nich kaprys codzienności i strachu o jej żywot. Histeryczny śmiech, niewidzialne łzy, sztuczny, wymuszony uśmiech, rozmowy o niczym. Męczy mnie nieprzyjemne i nieuniknione uczucie bezsilności. Dziki strach i koszmarny ból naznaczają moją fizyczną obecność jej psychicznym brakiem. Boję się, że to już nigdy się nie skończy. Chciałabym ją spotkać, zobaczyć, cokolwiek. Zamiast tego wchodzi ona. Ten obrazek jest jak mocne uderzenie w policzek, pozbawienie resztek złudzeń. Ona ma jakieś 17 lat, złoty pasek i złota torebkę, plastikowe buty i plastikowy mózg. Tonę tapety. Można by ją zdrapywać warstwami-szpachelką. Żuje gumę, a właściwie dziamdzioli.
Czarna krowa w kropki bordo gryzła trawę kręcąc mordą.
Czarna krowa w kropki bordo gryzła trawę kręcąc mordą.
Czarna krowa w kropki bordo gryzła trawę kręcąc mordą.
Chyba nie wie, że zanieczyszcza środowisko. Nie powiem jej. Parzy mnie ten widok. Jest ciężkostrawna, więc jedzie dalej. Zamykam oczy. Wypluło mnie zanim się zorientowałam. Kapie mi na głowę. Czuć fetor mokrej wieczornej Łodzi - kwestia przyzwyczajenia. Idę donikąd. Wyjmuję kluczę. Jestem już w środku. Są tu inne kształty. Mówią do mnie, a raczej mruczą. To moi starzy. Źle myślą. Wszystko jedno. Jestem czysta. Ten kwas zrodzony z samotności jeszcze długo będzie się rozpuszczał w mojej głowie, bez względu na to czy tego chcę. Psychoaktywna pustka jest odpowiedzią na brak jej odpowiedzi. Nie panuję nad jej zniknięciem. Udaję się do łazienki. Zimna woda leje mi się na łeb. Mały strumień wkrada się pod ubranie tworząc wodospad na moim karku, obdarzając go dreszczem zimna. Następnie myję zęby długo i dokładnie. Wykonuję mocne i szybkie ruchy. Spłukuję i wycieram. Tępe spojrzenie zatrzymuje na szklanej tafli lekko umorusanej pastą. Czy my się znamy? Wolę nie. Zamykam oczy.


Ludzie to cyferki w życiu twym, nigdy na nich nie licz, lecz ich licz. Przychodzą, odchodzą, kogo to obchodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz