niedziela, 28 września 2008

26091977

W myślach przekartkowuję kilka ostatnich dni. 26 - to był piątek. Jak zazwyczaj A czekała na mnie w Ironie. Przyszłam. Potem-->ludzie, sklep. tramwaj, milionowa, tymienieckiego, haszczę, wstęp wzbroniony, wielki, miły pies, żarty i żarciki, spódniczka w groszki. Chodziliśmy po ruinach zrujnowanych fabryk. Pachniało starością. Ktoś zapomniał, że miejsca nie umierają tak jak ludzie i kryją w sobie liczne tajemnice. Rozsypujące się mury, trędowate, kręte schody, stare piece, szkielety maszyn i sprzętów, spróchniała imitacja krzesła, martwe umywalki i kible, bezczelnie wyginające się druty, metry taśmy magnetofonowej, napisy na ścianach i cztery cienie G,A,M i ja. Mieliśmy własnego przewodnika - chłopaka o mysich rysach twarzy - to G. Operował światłem i uwieczniał to, co wieczność zdeformowała. Miałam na sobie czarną spódniczkę w białe groszki i koronkowe baletki, oczywiście jeszcze kilka szmat, o których nie warto pisać. Bajecznie było wdrapywać się na mury i okna w takim stroju. Szłam za rękę z nią - Marysią, tak ją nazwałam, jej imię jest inne. Na głowie ma burzę cieniutkich, ciemnych dredów, niektóre rozplątane. Twarz jasna, ładna, okrągła i promienna. Uśmiech, choć nie brak kilku zmartwień. Glany, pod glanami szkło, a pod szkłem podłoga, pod podłogą sufit, pod sufitem świat zapomniany dla dzieciaków takich jak my. Weszliśmy na dach. Konsumowaliśmy gwiazdy, butelczaną siarkę, światła latarni śpiących ulic. Rozmowy. Setki słów wypełzało z naszych ust by wgryźć się w czyjeś ucho. A kilka fabryk dalej płonął jakiś budynek. Kogo by to obchodziło, nas tam nie było. Dźwięk syren. My nadal na dachu. Wojny na łaskotanie. Dwie ofiary ja i moja (,,towarzyszka"). Pozostałe osoby on i ona - napastnicy. Znaleźliśmy coś wyjątkowego. Naszą pamiątkę w drewnianym, zgniłym, starym pudle, które niegdyś zwało się szafą - gazeta - gratka sportowa 26 września 1977 rok.
Właśnie obchodziła swoje 31 urodziny, kiedy wpadła w nasze ręce. A mówi się, że nic nie jest takie stare, jak wczorajsza gazeta. A jednak. Znalazła ją A i chwała jej za to. Ta zależność 1:365 i trafiliśmy akurat na 31 urodziny. Nie było tortu, toastu nie zabrakło.

Huśtawki

Zacznę banalnie. Jest niedzielne, słoneczne popołudnie. Siedzę na ławce. Spoglądam na puste huśtawki i zjeżdżalnie, gołe drabinki, nieruchomą karuzelę. Co za fenomen, gdzie podziały się dzieci. Prawdę mówiąc chciałam żeby ich tu nie było.
Dwie puste huśtawki kołyszące się bezradnie, skąpane w słońcu niedzielnego popołudnia, gdzie żegna się lato i nadchodzi jesień. Ich cienie spacerują po piasku Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Myślę, że kołyszą je myśli człowiecze.
Huśtawka - każdy patrząc na nią może wpasować swój własny obraz tęsknoty, pragnień, złudzeń, marzeń i wspomnień, może posadzić tam kogo chce i zepchnąć go, gdy się rozmyśli, bo przecież ludzie się zmieniają. Właśnie na tym to polega. Świat to masa, a każdy przecież jest inny. Zawsze będzie kojarzyć się z nietrwałością linii papilarnych i trwałością metalowych łańcuchów, jakie ją tworzą. Zobaczysz ją za rok, za dwa, tę samą niepozorną, leniwie kołyszącą się na wietrze, ale już wtedy wszystko będzie inne i może inny Ty, jeśli zdołasz być. Nic bardziej złudnego niż powtarzalność. Nic nigdy już nie będzie takie same. Każda pieprzona jesień jest inna, choć wiesz, że za rok znów zapuka do Twych drzwi, wejdzie bez pozwolenia, kiedy tylko przekręcisz zamek, nawet nie zdarzysz zapytać kto to. Ona wprosi się do Twojego życia, które być może nie będzie miało nic wspólnego z tym aktualnym.

wtorek, 16 września 2008

Chlopcze...

Wygasłe światła świec nie zmartwychwstaną tylko dlatego, że tego pragniesz. W tym celu należało by wskrzesić ogień i zatrzymać go w dłoni. Nic nie dzieje się bez powodu, a tym bardziej nie powstaje. Święty Mikołaj umarł dawno temu i to z głodu. Uśmiecham się i łamię zapałki.

Tramwajem nr.11 w drodze do nikąd.

Jarzeniowe światła. Mechaniczne ruchy i dźwięki. Ludzie, za dużo ludzi. Oni mają oczy. Mój wzrok przytulony do podłogi. Pragnę być niewidzialna. Za szybą ciemne, brudne ulice skąpane w deszczu. Na każdym przystanku jedno mrugniecie w ich stronę. Nic więcej nie można dla nich zrobić. Nikt nie wie czy ten pojazd mruga, a może to konwulsje, bulimia. Pożera ludzi i wymiotuje. Połyka i wypluwa. Oni i tak tego nie zauważają. Jak z resztą mało co podczas szalonego wyścigu, w jakim biorą udział. Nie ma energii. Są tylko mechaniczne ruchy i mechaniczne twarze odlane ze stali, niekształtne, bez dźwigni uśmiechu. Spoczywa na nich kaprys codzienności i strachu o jej żywot. Histeryczny śmiech, niewidzialne łzy, sztuczny, wymuszony uśmiech, rozmowy o niczym. Męczy mnie nieprzyjemne i nieuniknione uczucie bezsilności. Dziki strach i koszmarny ból naznaczają moją fizyczną obecność jej psychicznym brakiem. Boję się, że to już nigdy się nie skończy. Chciałabym ją spotkać, zobaczyć, cokolwiek. Zamiast tego wchodzi ona. Ten obrazek jest jak mocne uderzenie w policzek, pozbawienie resztek złudzeń. Ona ma jakieś 17 lat, złoty pasek i złota torebkę, plastikowe buty i plastikowy mózg. Tonę tapety. Można by ją zdrapywać warstwami-szpachelką. Żuje gumę, a właściwie dziamdzioli.
Czarna krowa w kropki bordo gryzła trawę kręcąc mordą.
Czarna krowa w kropki bordo gryzła trawę kręcąc mordą.
Czarna krowa w kropki bordo gryzła trawę kręcąc mordą.
Chyba nie wie, że zanieczyszcza środowisko. Nie powiem jej. Parzy mnie ten widok. Jest ciężkostrawna, więc jedzie dalej. Zamykam oczy. Wypluło mnie zanim się zorientowałam. Kapie mi na głowę. Czuć fetor mokrej wieczornej Łodzi - kwestia przyzwyczajenia. Idę donikąd. Wyjmuję kluczę. Jestem już w środku. Są tu inne kształty. Mówią do mnie, a raczej mruczą. To moi starzy. Źle myślą. Wszystko jedno. Jestem czysta. Ten kwas zrodzony z samotności jeszcze długo będzie się rozpuszczał w mojej głowie, bez względu na to czy tego chcę. Psychoaktywna pustka jest odpowiedzią na brak jej odpowiedzi. Nie panuję nad jej zniknięciem. Udaję się do łazienki. Zimna woda leje mi się na łeb. Mały strumień wkrada się pod ubranie tworząc wodospad na moim karku, obdarzając go dreszczem zimna. Następnie myję zęby długo i dokładnie. Wykonuję mocne i szybkie ruchy. Spłukuję i wycieram. Tępe spojrzenie zatrzymuje na szklanej tafli lekko umorusanej pastą. Czy my się znamy? Wolę nie. Zamykam oczy.


Ludzie to cyferki w życiu twym, nigdy na nich nie licz, lecz ich licz. Przychodzą, odchodzą, kogo to obchodzi.

niedziela, 14 września 2008

Ktoś ukradł ciemnosć spod moich powiek

Późna pora i mroźne powietrze sprzyjają mi w procesie plecenia bzdur. Dach jest pusty i mokry. Nie ma tam nas i nie będzie przez następne milion lat. Boję się, że zawali się od nadmiaru moich myśli. Jak dobrze jest niczego nie czekać. Bez pisku o spóźnianie i bez nadziei na to, że przyjdzie coś co tak na prawdę nie istnieje. Są odpowiedzi od których pęka ziemia w miejscach gdzie stawiasz babki. Dobranoc mgłą. Kusi mnie wiatr. Wolałabym nie śnić.