W myślach przekartkowuję kilka ostatnich dni. 26 - to był piątek. Jak zazwyczaj A czekała na mnie w Ironie. Przyszłam. Potem-->ludzie, sklep. tramwaj, milionowa, tymienieckiego, haszczę, wstęp wzbroniony, wielki, miły pies, żarty i żarciki, spódniczka w groszki. Chodziliśmy po ruinach zrujnowanych fabryk. Pachniało starością. Ktoś zapomniał, że miejsca nie umierają tak jak ludzie i kryją w sobie liczne tajemnice. Rozsypujące się mury, trędowate, kręte schody, stare piece, szkielety maszyn i sprzętów, spróchniała imitacja krzesła, martwe umywalki i kible, bezczelnie wyginające się druty, metry taśmy magnetofonowej, napisy na ścianach i cztery cienie G,A,M i ja. Mieliśmy własnego przewodnika - chłopaka o mysich rysach twarzy - to G. Operował światłem i uwieczniał to, co wieczność zdeformowała. Miałam na sobie czarną spódniczkę w białe groszki i koronkowe baletki, oczywiście jeszcze kilka szmat, o których nie warto pisać. Bajecznie było wdrapywać się na mury i okna w takim stroju. Szłam za rękę z nią - Marysią, tak ją nazwałam, jej imię jest inne. Na głowie ma burzę cieniutkich, ciemnych dredów, niektóre rozplątane. Twarz jasna, ładna, okrągła i promienna. Uśmiech, choć nie brak kilku zmartwień. Glany, pod glanami szkło, a pod szkłem podłoga, pod podłogą sufit, pod sufitem świat zapomniany dla dzieciaków takich jak my. Weszliśmy na dach. Konsumowaliśmy gwiazdy, butelczaną siarkę, światła latarni śpiących ulic. Rozmowy. Setki słów wypełzało z naszych ust by wgryźć się w czyjeś ucho. A kilka fabryk dalej płonął jakiś budynek. Kogo by to obchodziło, nas tam nie było. Dźwięk syren. My nadal na dachu. Wojny na łaskotanie. Dwie ofiary ja i moja (,,towarzyszka"). Pozostałe osoby on i ona - napastnicy. Znaleźliśmy coś wyjątkowego. Naszą pamiątkę w drewnianym, zgniłym, starym pudle, które niegdyś zwało się szafą - gazeta - gratka sportowa 26 września 1977 rok.
Właśnie obchodziła swoje 31 urodziny, kiedy wpadła w nasze ręce. A mówi się, że nic nie jest takie stare, jak wczorajsza gazeta. A jednak. Znalazła ją A i chwała jej za to. Ta zależność 1:365 i trafiliśmy akurat na 31 urodziny. Nie było tortu, toastu nie zabrakło.
niedziela, 28 września 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz