Nie istnieją.
Nie ma miejsc bezbarwnych i bezwonnych, i nie ma czystych kart. Wszystkie już naznaczone piętnem istnienia, odsyłają do następnych, jeszcze bardziej znaczących.
Labirynty myśli.
Niepokojących.
Zakamarków umysłu, gdzie nic i nikt kurzu nie wyciera.
Stoję
czekam
na zewnątrz.
Skupiam się na tym co we mnie, by za chwilę ruszyć dalej.
Dzika narośl.
To co we mnie narosło i to co obumarło.
Nonsens.
Trzeba będzie wyjechać na jakiś czas.
Myślałam o tym długo. Przez te wszystkie naiwne historyjki w jakich brałam udział. Oczekiwania i powroty, wielkie rozkminy, po prostu pierdoły, trele morele.
I już wiem. To wszystko było do przewidzenia. Tacy ludzie przyciągają się.
Ona jest krzywym odbiciem mnie, tworem jeszcze bardziej groteskowym i postrzępionym. Jest taka jak ja, tyle, że postępuje inaczej.
Nie potrafię (już) spojrzeć na nią w sposób przejrzysty i życzliwy.
I nie chcę.
Mamy po 20 lat.
Czy to nie zabawne...
Patrzeć jak deszcz odbija się od dna.
kombajn
Najgorsze jest to
udawanie
jej
Udawanie
się
(donikąd)
i nie ja jestem tu biletem powrotnym
tak myślę
że nawet nie muszę się w tym upewniać
Dynamit dynamit dynamit!
Na moim języku jest gorzki smak szyderstw, które nikną zanim ktoś zdecydował by się je odczytać. Jestem bezkarna, co mnie drażni, bo sama będę musiała się (po) wstrzymywać.
(Lub też nie).
niedziela, 6 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz