Nie wypływam na zewnątrz. Duszę się w sobie od przebudzenia do zaśnięcia. Nienawidzę po czubki palców, od początku mnie i do końca, długo, nieustannie, bezlitośnie, ciągle.
Prawidłowo i należycie, a przede wszystkim machinalnie wykonuję swoje polecenia, dane mi nie wiadomo skąd, pewnie przez jakiś jebany porządek wszechświata. Odgrywam swoją efemeryczną rólkę. Poruszam pionkiem, nie widzę co jest przede mną, nie wiem co było, to za mną, pamiętam, ale zdarzenia i ludzie tracą swoje znaczenia, zostają tylko te silne, najgłębsze. Reszta umyka, gdzieś we mgle, gubi swoje kształty, moje uczucia gasną. Z każdym powrotem czuję, że jestem coraz dalej. Nie wiem skąd wracam.
Wracam by nie sprawić nikomu przykrości, z poczucia winy, obowiązku...
Wracam do świata w którym choć wszystko się porusza dla mnie jest martwe.
wtorek, 26 stycznia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz